iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

A jednak słup jest oryginalny!

Wczoraj dowiedziałam się, że pan Tomasz Żurak został poinformowany przez Muzeum Miejskie we Wrocławiu, że odnaleziony przez niego fragment granitu to rzeczywiście jeden z zaginionych słupów granicznych Wrocławia. Pisałam o tym wczoraj. Być może ten akurat słup stał w okolicach dzisiejszej Al. Kromera. Uwaga, przypatrujmy się więc uważnie rzeczom pozornie niezbyt ważnym, np. kamieniom.

Komentarzy: 0
Czy odkryto zaginiony słup?

Początek roku przynosi mnóstwo niespodzianek. W piątek napisał do mnie pan Tomasz Żurak, który podczas praw porządkowych i równania terenu w północno-wschodniej części Wrocławia, znalazł na jednej z prywatnych posesji coś, co go bardzo zaciekawiło. W stercie kamieni zobaczył kawał granitowego bloku, który przypominał jeden ze słupów granicznych, jakie stanęły na rogatkach Wrocławia w latach 1900-1901. Nie wszystkie z sześciu słupów przetrwały do dziś - jeden z nich można zobaczyć przed budynkiem wrocławskiej telewizji - dlatego m.in. znalezisko jest takie ciekawe. Pan Tomasz poinformował o odkryciu Muzeum Miejskie we Wrocławiu i już godzinę później pracownicy tej placówki zabrali fragment granitu do ekspertyzy. Fachowcy widzą pewne rzeczy od razu i stwierdzili – wiem to z relacji znalazcy – że najprawdopodobniej jest to fragment głowicy jednego z zaginionych słupów. Czy 99 proc. pewności zamieni się w 100 proc., spróbuję dowiedzieć się w najbliższych dniach, ekspertyza pewnie chwilę potrwa.
 
Dla mnie sytuacja modelowa. Szybka reakcja ze wszystkich stron i przede wszystkim wiedza, która ocaliła kolejny zabytek. Co by było, gdyby ktoś, zupełnie nie zainteresowany historią Wrocławia, natknął się na ten fragment granitu? Być może nigdy byśmy się o nim nie dowiedzieli. Kto inny przeszedłby obok i nawet nie zwrócił uwagi na trochę inny kamień leżący na stosie pozostałych. A tak... w niezwykły sposób odkrywa się kolejny kawałek wrocławskiej historii. Bardzo dziękuję za przekazanie tych informacji. Ciąg dalszy, oczywiście, nastąpi.
 
Zdjęcia:
1. Słup graniczny przy ul. Mickieiwcza we Wrocławiu Żródło: Wikipedia
2. Fragment znaleziska tuż po odsłonięciu.
3. Tutaj z drugiej strony...
4...i po umyciu. Autorem zdjęć jest Tomasz Żurak.

Komentarzy: 2
Barki, które lubię

Woda najbardziej odpowiada mi w wannie. Nie mam w sobie nic z wilka morskiego, dlatego z radością przyjęłam nową atrakcję na kulinarno-kulturalnej mapie Wrocławia, jaką jest Barka Tumska.

Największą atrakcją barki jest dla mnie to, że stoi w miejscu, tuż przy Hotelu Tumskich, obok Ostrowa Tumskiego, nigdzie nie odpłynie, a poza tym jest tu naprawdę świetne jedzenie i pyszna kawa. Wnętrza eleganckie jak na transatlantyku, a i widok stąd godny. Po hucznej zabawie, można jeszcze rano podejść na plac Bema i kupić słynnego „rycerza”, czyli ten fantastyczny chleb Rycerski na zakwasie, który sprzedają przecież tylko tam.

Choć Barka Tumska stoi teraz w miejscu, to płynęła do Wrocławia prawie sto kilometrów po Odrze i długo czekała na swoje otwarcie. Szkoda więc, że nadchodzą coraz zimniejsze dni, bo miło siedzi się na odkrytym, górnym pokładzie, choć restauracja, Messa Kapitańska i Messa Oficerska są jak najbardziej, również godne polecenia.

W czwartki można tu posłuchać muzyki, a w każdą ostatnią niedzielę miesiąca zobaczyć spektakl Teatru Lalek „Nawiedzony Młyn”. Mam taką cichą nadzieję, że to kolejny etap romansu Wrocławia z wodą, tak ciągle przez nas niewykorzystaną. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Ileż taka barka dodaje uroku okolicy, rozumieją to w Amsterdamie, więc może i my to w końcu dostrzeżemy? .

 

Komentarzy: 0
Szpital, czyli cztery metry sznurka


      Gdyby nie fakt, że w tej chwili chodzi po Polsce pewnie z kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset osób ze sznurkiem w nosie, mogłabym napisać, że biję rekord Guinessa. Przez kilka ostatnich dni też chodziłam z takim sznurkiem, dwa metry w lewej dziurce, dwa metry w prawej dziurce. Wierzyć się  nie chce, że to się w człowieku mieści.

     I nawet się nie wie, że ten sznurek tam tkwi. Dopiero, gdy go zaczynają wyciągać, to każda część ciała się buntuje. Jak powiedział mi wielki jak góra trzydziestolatek, którego spotkałam na szpitalnym korytarzu, przy wyciąganiu sznurka „ciary po plecach przechodzą”. I tak można to określić. 

      Tak mi się zdarzyło, że pierwszy raz w życiu poszłam do szpitala. Duże szczęście w nieszczęściu, bo szpital ładny, nowoczesny, świetnie wyposażony i lekarze mili. Zamiast chodzić sobie po lesie, gadać sobie skarbach, z zapchanym nochalem wylądowałam w Akademickim Szpitalu Klinicznym w moim rodzinnym Wrocławiu i trochę sobie tam poleżałam. Doktory zrobiły mi ciachu machu w narkozie i teraz wszystko mam jak nowe. Przynajmniej takie mam uczucie. Zaraz po powrocie zadzwoniła do mnie pani z „TV Imperium” i zapytała jakie mam słabości. I wtedy sobie tak pomyślałam, że moja największa słabość, a właściwie dwie, objawiły się właśnie w szpitalu. Bo zamiast być przykładną pacjentką, to mi się ciągle wydaje, że jestem w pracy. Zaczepiam salowe i usiłuję dowiedzieć się, kto wymyślił makaron z selerem, pytam lekarzy, po jakiego diabła wybrali sobie taki trudny zawód i teraz babrają się w różnych świństwach, o wszystko muszę się zapytać. Pełen szacunek dla cierpliwości anestezjologa, który usiłował mi opisać co to takiego operacja w znieczuleniu ogólnym.
       - Najpierw dostanie pani taką tabletkę.... – zaczął.
       - Taką ogłupiająco-rozluźniającą? A do czego by ją pan porównał? – zapytałam ciekawsko – Do haszyszu, marihuany, czy do walnięcia młotkiem w tył głowy?
       Cierpliwy ten człowiek, wytłumaczył mi, że choć, oprócz młotka, ze wszystkimi powyższymi specyfikami się zapoznał, porównać tego do niczego nie można.  I, że ten, kto wymyślił tego „głupiego jasia” przed operacją powinien dostać nagrodę Nobla. Tyle tylko, że podobno człowiek się staje po tym za szczery. Wypytując tak wszystkich, być może walczyłam z drugą słabością, z tym, że w szpitalu trzeba się wyciszyć, że nie ma tu miejsca na tajemnicze niespodzianki, nie ma fascynujących przygód ani historycznych zagadek, a lekarzy bardziej obchodzi mój nos niż jakaś Bursztynowa Komnata. Tu się po prostu trzeba wyciszyć i zaakceptować, że inni wiedzą lepiej. Oj, dla mnie to nie było łatwe.

    Więc, kiedy okazało się, że po operacji mam w tym nochalu te cztery metry sznurka, to nagle poczułam, że znów odkrywam jakąś tajemnicę. Że to w człowieku coś takiego może się zmieścić. Taki tamponik bawełniany, co to nie wiesz, że ci go włożyli, a jak wyciągają to masz już pewność.  

     Wiem, wiem, to też pewnie jakaś reakcja obronna, bo szpital jest pełen cierpienia. Z pewnością nie jest dobrym miejscem na żarty. Ale może łatwiej traktować takie miejsca jak przygodę, spróbować ja przeżyć, przecież szpitale też są dla ludzi. Przez chwilę leżała ze mną dziewczyna, u której lekarze zdiagnozowali jakiegoś guza. Ileż ona miała radości w sobie. I pokory. Była sto razy dzielniejsza niż ja. Szpital to szpital, powtarzała.  Tego przez te kilka dni musiałam się nauczyć. I proszę się z tego wpisu nie śmiać. W szpitalu byłam (prywatnie) pierwszy raz  w życiu.
    A ze sznurków tyle dobrego, że naczelny „Focusa” mówi, że teraz będę dopiero miała nosa do skarbów.
 

Komentarzy: 1
Trochę prywaty, czyli wakacje w Dolinie Królów

Dokładnie w dniu, w którym rozpętał się nad Polską Wielki Huragan, odwiedziłam Rudawy Janowickie. Najpiękniejszy i mój najukochańszy zakątek ziemi.

Po południu, wracając już do domu, postanowiłam zajrzeć jeszcze do pałacu w Wojanowie. Nigdy nie wracam z Jeleniej Góry do Wrocławia prostą drogą. Uwielbiam te wąskie ścieżki wzdłuż Bobru, mgły unoszące się nad polami i słońce, które niemal kiczowato muska Sokoliki – znane większości wspinaczy jako Biust Lollobrigidy. Rzeczywiście, kształt tych dwóch wzgórz nie zostawia oczywiście żadnych wątpliwości.

Tak więc, kierowana jakimś wewnętrznym – za przeproszeniem przymusem – podjechałam pod pałac. I nagle, niemalże w tej samej chwili zanotowałam w głowie dwie rzeczy. To, że po niebie latał niewielki dwupłatowiec i to, że ścigała go ta wielka, czarna, straszna chmura. Dosłownie w kilka sekund, piasek na dziedzińcu podniósł się na wysokość gdzieś trzech, czterech metrów, zobaczyłam, jak wśród rozbłysków wali się słup wysokiego napięcia, a drzewa w parku za pałacem łamią się niby zapałki. Ależ to dziwne uczucie. Kilka sekund zmienia dookoła wszystko. Ratując siebie w latającym piasku i kamyczkach, przemknęłam do bocznej części pałacu, pomogłam ile się dało, wnieść z dworu krzesła i tak czekałam patrząc na dziedziniec.

Pamiętam Wojanów z dawnych czasów. Smutny, zaniedbany, podupadający. Częściowo zniszczony przez pożar. Teraz patrzyłam przez szybę na cudownie odremontowany pałac, z równie wspaniale „zaopiekowanym” parkiem. Tego dnia przed głównym budynkiem miał się odbyć koncert. Stąd to ratowanie krzeseł. Ale przez mokrą szybę patrzyłam też, jak w tej wichurze muzycy ratują instrumenty, po trawniku biegają dziewczyny z długich sukienkach, jak dyrektor (którego widywałam do tej pory w okolicznościach eleganckich) walczył z tym całym zamieszaniem. Deszcz wlewał się przez okna w „oranżerii” na tyłach sali bankietowej (z powodu braku prądu tych dwóch, czy trzech okien nie można było domknąć), przez szklaną ścianę widziałam jak leci kosz na śmieci, a wiatr rozrywa koronę niewielkiego drzewka. 

Dlaczego o tym piszę??? Nie wiem, chciałam się podzielić z Wami tą sytuacją, bo zastała mnie w miejscu wyjątkowym. Bo Rudawy właśnie takie są. Cudownie wyjątkowe. Nawet, a może szczególnie podczas burzy.

W Rudawach Janowickich, ani w okolicy nie ma teraz tylu turystów co zwykle. Jedni mówią, że to z powodu kryzysu, inni, że z powodu zmiennej pogody. Tymczasem to takie miejsce, w którym można nie tylko odpoczywać na całego, ale i chłonąć historię. Tyle zamków i pałaców w jednym miejscu, toż to niesamowite. Odremontowany Wojanów, po drugiej stronie rzeki Łomnica, jadąc w przeciwnym kierunku, Bobrów. Prawdziwa Dolina Loary, o przepraszam, Bobru. W Mniszkowie odwiedziałam tego dnia właścicieli przepięknego dworu, który stoi w środku wsi. Kiedy wchodzi się do takiego domu, czuć, że ma duszę. Że takich domów już dzisiaj się nie robi. I nie wiem, czy ta dusza drzemie w malowidłach na sufitach, w drewnianych schodach i poręczach, czy też w przestronnych hallach. Ale takie właśnie zakątki jak Mniszków sprawiają, że nagle człowiek znajduje się na samym końcu świata, tam gdzie jest tylko zieleń, mili ludzie i pełna tajemnic przestrzeń.

Wybierając się w Rudawy, trzeba dokonać wyboru. Noclegi w pięknych pałacach, mogą być zbyt drogie na przeciętną kieszeń. Ale nie brak tam pięknych gospodarstw agroturystycznych, tanich i klimatycznych. Najwspanialszą rzeczą w Rudawach są dla mnie parki. Szczególnie ten półdziki dzisiaj, w Bukowcu. Zakomponowany tak, aby pokazywał poszczególne etapy rozwoju ludzkości. Jest tam więc gotycki grobowiec, krąg Druidów, średniowieczna wieża, antyczna świątynia. Uwielbiam to miejsce. Uwielbiam te wszystkie ścieżki w Rudawach, szczególnie w Górach Sokolich, Kolorowe Jeziorka, mroczne sztolnie w Kowarach i Miedziankę, która niemalże zapadła się pod ziemię. Czy naprawdę trzeba telepać się na koniec świata?

To taka moja prywata. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali na Dolny Śląsk. Zobacznie jakie Rudawy są cudne na zdjęciach Krzysztofa Góralskiego. Za chwilę weekend. To jak, wpadniecie na chwilę?

Ps. Do wszystkich, którzy do mnie piszą listy. Czy dochodzą ode mnie odpowiedzi? Może nie piszę zbyt pasjonujących listów, ale staram się zawsze odpowiadać. I wtedy po drugiej stronie zalega podejrzana cisza.

Komentarzy: 6
Człowiek przed czołgiem, czyli jak w pojedynkę zmienić świat

Wrocławski Brave Festival odkryłam dopiero w ubiegłym roku. Aż wstyd. Teraz nie omijam ani jednego spektaklu, koncertu czy pokazu.

Tak się złożyło, że w tym roku reprezentowałam redakcję „National Geographic” na tym niezwykłym festiwalu. I po każdym pokazie wychodziłam inna. Jeśli ktoś ma ze sobą jakiś problem (a kto ich nie ma? – pewnie zapytacie) powinien choć raz przejść się na Brave Festival.

Bo ta impreza pokazuje, jak ważny jest każdy z nas i że w trudnych chwilach, kiedy będziemy potrzebować i my możemy liczyć, że będziemy dla kogoś ważni na tyle, żeby nas wyciągnąć z największej biedy. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Dla tych którzy nie wiedzą, dwa słowa wprowadzenia. Brave Festival, choć górnolotnie nazywa się festiwalem ludzi odważnych, protestem przeciwko wypędzeniom z kultury, jest formą niezwykle prostą. W tym roku do Wrocławia zjechali szamani, kapłani i muzycy prezentujący „wszystkie modlitwy świata”. Modlili się za pokój na świecie, mnisi z Indii sypali przez tydzień mandalę, żeby potem po prostu zniszczyć to niezwykłe dzieło sztuki, pokazując, że wszystko wokół nas jest ulotne, wszystko może się zmienić, wszystko jest tylko chwilą.

Szczególnie wrażenie zrobili na mnie goście w Kerali w południowych Indiach, którzy w rytualnym tańcu „wcielonego boga”, w transie, chodzili po ogniu, rozgarniali go gołymi dłońmi, a kiedy tancerz „który przebiera postać boga” po prostu zapalił się podczas pokazu, nawet tego nie zauważył. Na ogół taki taniec, mający zapewnić pomyślność trwa trzy dni. To co zobaczyliśmy we Wrocławiu to ekstrakt, fragment zaledwie, który trwał z półtorej godziny.

Kiedyś, podczas jednej z podróży, trafiłam do niewielkiej birmańskiej wioski. W jednym z domów, który wyglądał raczej na miejsce spotkań, coś w rodzaju świetlicy, tańczył ubrany w rytualny strój mężczyzna. Miał pomalowaną twarz, bogate suknie, niezwykłe nakrycie głowy, które upodabniało go do jakiegoś dalekowschodniego bóstwa. Tańczył w transie, rodzina podawała mu tylko co jakiś czas wodę i co kilkanaście godzin drobny posiłek. Tańczył tak już trzy dni i we wsi mówiono, że będzie tańczył jeszcze kilka. Przed „świetlicą” stał bardzo elegancki samochód, jak początkowo sądziłam, może jakiegoś ważnego gościa, albo pożyczony przez bogatego turystę. Podobnie jak na tancerzy z Kerali, tak i ten tancerz niemalże hipnotyzował swoimi ruchami. Choć nie był to taniec w normalnym tego słowa znaczeniu. Raczej rytmiczne poruszanie się do wybijanego rytmu. Mieszkańcy wsi wchodzili i wychodzili, dzieci bawiły się koło tańczącego, wszystko działo się w jednej chwili. I choć czuć było wyjątkowość tego co się dzieje, trud tancerza, wysiłek na jego twarzy był aż nadto widoczny, to w tym miejscu, o tym czasie, ten taniec wydawał się czymś absolutnie naturalnym.

We wsi znalazł się ktoś, kto mówił po angielsku. I wiecie co się okazało? Ten tańczący człowiek był...dyrektorem dużego banku w dużym mieście, który przyjechał do rodzinnej wsi (elegancki samochód okazał się jego własnością) po to, żeby odtańczyć rytualny taniec za pomyślność jego banku! Po prostu nie chciało mi się wierzyć! Pan dyrektor zostawił garnitur i aktówkę, ubrał się w tradycyjny strój i tańczył w transie kilka dni! Niesamowite, prawda? Wierzył, że jego taniec, jego myśli, nastrój, nastawienie, mogą wiele zmienić. Wierzył, że on sam, może potrącić pierwszą kostkę domina, która spowoduje lawinę dobrych rzeczy. Czy świadomość tego nie zmienia również patrzącego?

Podczas Brave Festival obejrzałam kilka dokumentalnych filmów. Dwa z nich „Looking for the Icon” i „The War Photographer” traktują o misji fotografa i o roli fotografii we współczesnym świecie. Obejrzyjcie te filmy, jeśli Wam się uda. W sali kinowej było zaledwie kilkanaście osób, trochę szkoda... „The War Photographer” to opowieść o Jamesie Nachtwey’u, znanym fotografie wojennym, cały świat zna zresztą jego słynne zdjęcie z Ruandy z 1994 roku. To zbliżenie mężczyzny z plemienia Hutu, który na twarzy ma ślady po maczecie. Nachtwey wchodzi w miejsca, o których większość ludzi wolałaby nie wiedzieć. Na filmie widać, jak w najgorszym, wojennym zamieszaniu mierzy światło, jak wchodzi niemal z aparatem pomiędzy rozpaczające rodziny, na groby, w ludzkie tragedie. Zimny zawodowiec? Jeden z operatorów, który z nim pracuje opowiada, jak Nachtwey błagał kiedyś na kolanach rozwścieczony tłum, który chciał zaszlachtować jakiegoś mężczyznę. Nie ważne już o co chodziło. Fotograf klęczał pół godziny i prosił. A przecież jest tylko fotografem, powinien rejestrować rzeczywistość, a nie się w nią wtrącać. Choć nie udało się uratować życia tamtego człowieka, postarał się coś zrobić. Nie odszedł, nie odwrócił się, nie stchórzył. Taką niesamowitą wiarę w to, że jeden człowiek może zmienić świat pokazuje zdjęcie Jeffa Wildenera, na którym samotny student staje na placu Tian An Men naprzeciwko kolumny czołgów. Jeden malutki człowiek w białej koszuli przeciwko wielkiej sile zniszczenia.
Pieniądze z Brave Festival przeznaczone były w tym roku, podobnie jak w ubiegłym dla organizacji Rokpa International, która w różnych częściach świata pomaga tym, którzy tego potrzebują, głównie osieroconym dzieciom. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby komuś pomóc.

W domu staram się segregować śmieci, oszczędzać wodę, gasić za wszystkimi światło, bo wydaje mi się, że gdzieś tam przez tę moją oszczędność, może gdzieś tam dzieje się coś dobrego. I choć nie mam pomysłu na adoptowanie głębokoafrykańskiego plemienia, czasem – szczerze mówiąc – czuję się z tym jak dziwaczka, ale co tam. Nie mam Wielkiej Misji, ale myślę, że taka świadomość, że każdy najdrobniejszy gest ma znaczenie, sprawia, że nadaje on życiu jakiś sens. Szczególnie jest on taki ważny, kiedy przyszło nam żyć w naprawdę „ciekawych czasach”. Cieszę się, że przypomina mi o tym Brave Festival.

Komentarzy: 7
Jak Świdnica staje się miastem magicznym

Od pewnego czasu obawiam się, że chociaż mieszkam i urodziłam się we Wrocławiu, to jestem Świdniczanką. W Świdnicy podoba mi się wszystko.

Rynek, katedra, Kościół Pokoju, to, że rycerze tracili tu głowy – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w sposób widowiskowy i romantyczny. Podoba mi, że w Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen, słynny lotnik a także Marysia Kunicka, wielka pani astronom z XVII wieku. Ta światła kobieta, żeby uprawiać swoje pasje, musiała przebierać się za mężczyznę. Spotkała ją zasłużona nagroda; dzisiaj jeden z kraterów na Wenus nosi jej imię.

W Świdnicy podobają mi się więc ludzie, nie tylko ci z przeszłości, ale i ci mieszkający tu współcześnie. Szczególnie podobają mi się gospodarze miasta, bo widać, jak pod ich ręką od pewnego czasu Świdnica się zmienia. I staje się naprawdę niezwykła. Prezydent miasta ma chyba rację, że iluminacja Świdnicy jest prawie taka piękna, jak ta w Hong Kongu. I rzeczywiście, wieczorem oświetlone kamienice zamieniają się – nawet latem  - w scenografię do „Opowieści Wigilijnej”.

Najbardziej podoba mi się jednak, jak reagują ludzie, którzy do Świdnicy przyjechali po raz pierwszy. Właśnie wróciłam ze spotkania, w którym brali udział dziennikarze z całej Polski. Władze Świdnicy chciały nas przekonać do projektu rekonstrukcji historycznych. W ramach tego projektu, w jedenastu miastach odtworzone zostaną bitwy historyczne. Pierwsza z nich odbyła się już w sobotę w Raciborowicach po czeskiej stronie. Pachniało prochem, krwią i wojną. Pachniało również perfumami, bo żołnierze odtwarzali rok 1866, więc na pole bitwy zjechała piękna księżna, która oglądała przebieg walk z powodu zaprzężonego w równie piękne, czarne konie. Oj, działo się....

Najbliższa rekonstrukcja odbędzie się 29 maja w Nachodzie, również w Czechach, a kolejna już 6-7 czerwca w Świdnicy właśnie. I będzie to coś absolutnie wyjątkowego, wymyślono bowiem, aby podczas tych dwóch dni przemieszały się różne epoki. O 14.00 walczyć będą rycerze z XIII wieku, później rycerstwo z XVI wieku, na sam koniec żołnierze wieku XVIII. Zresztą co się będę rozpisywać, jeśli jesteście miłośnikami takich imprez, wszystko znajdziecie tutaj: http://www.zeroborder.info

Pomiędzy nimi wystąpi jedna z moich ulubionych Drużyna Wojów Piastowskich Jantar, którą mile wspominam, choć o mało przez nich nie straciłam pracy. Kiedy jeszcze pracowałam w „Słowie Polskim”, drużyna ta zjechała do Wrocławia, weszła w pełnym uzbrojeniu do redakcji i zaczęła śpiewać pieśni.

Moja szefowa, kobieta w trampkach w kwiatki, bardzo się tym zdenerwowała, również nasz portier za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście odśpiewali trzy kawałki i pojechali do domu. Ale sentyment do rycerstwa pozostał wielki. Mam wrażenie, że w mojej szefowej także...

Ale nie o lubieniu rycerstwa miało być, a o lubieniu Świdnicy. Przyjechali więc ci nasi redaktorzy i najpierw wzięliśmy ich (piszę w takiej formie, bo chyba jednak jestem Świdniczanką) do katedry. I patrzyłam jak otwierali szeroko nie tylko oczy, ale i usta, patrzyłam jakie wrażenie robi na nich to miejsce. A kiedy proboszcz, ksiądz prałat Jan Bagiński, zaczął opowiadać o historii kościoła, to nawet zatwardziali ateiści chcieli tu zostać jak najdłużej.

Koniecznie, ale koniecznie, odwiedzając Świdnicę, wejdźcie do tej świątyni. I zwróćcie uwagę na pewien szczegół. Na płaskorzeźbie przedstawiającej Ostatnią Wieczerzę widać pod stołem ....kotka. Ale jaki to kotek... Nie, nie będę Wam o tym szczegółowo opowiadać, pojedźcie i zobaczcie sami.

Ten kościół ma zresztą najwyższą wieżę na Śląsku, więc również warto się na nią wdrapać. Niegdyś wieża świdnicka plasowała się na czwartym miejscu wież polskich, ale powstało sanktuarium w Licheniu i spadliśmy na piątą, ale ciągle zaszczytną pozycję.

Po wizycie w Katedrze dziennikarze powędrowali do ewangelickiego Kościoła Pokoju. I znowu to samo. Te same otwarte szeroko oczy, cisza dzwoniąca w uszach, bo coś takiego, tyle piękna, widuje się naprawdę rzadko. Kościół Pokoju, zbudowany z nietrwałych materiałów na mocy Pokoju Westfalskiego, nie miał przypominać świątyni. Nie mógł mieć wieży ani dzwonu. W zamierzeniu Habsburgów, którzy łaskawie zgodzili się na budowę trzech takich świątyń, miały one powstać tylko na chwilę. Dlatego protestanci wszystko nadrobili wewnątrz.

Ksiądz Waldemar Pytel proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej w Świdnicy długo opowiadał o tym miejscu. I kazał nam patrzeć na strop. Na nim zaś fruwają anioły. Setki aniołów. Bożena Pytel, żona proboszcza, usiłowała policzyć i sfotografować te wszystkie postaci. I wyszło jej, że w Kościele Pokoju mieszka... 900 aniołów. Wyobrażacie to sobie?  900 aniołów! W wielkiej, drewnianej, wielobarwnej hali, w której może się zmieścić 7500 osób.

Tak sobie pomyślałam nawet, że tak jak chiropterolodzy zimą liczą po jaskiniach nietoperze, tak może trzeba by było robić w Świdnicy Wiosenne Liczenia Aniołów.  Bo nad tym miastem anioły na pewno czuwają i musi to przyznać każdy, nawet o najbardziej materialistycznym światopoglądzie.
A patrząc prozaicznie, to i mieszkania w Świdnicy tańsze niż we Wrocławiu.

Komentarzy: 4