iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Tajemnica wejścia, którego nie ma

Prawie każdy dolnośląski pałac albo zamek ma taką historię. W 1945 roku wchodzą Rosjanie, szabrują, pakują, wywożą, podpalają. Giną bezcenne dzieła sztuki, meble, całe wyposażenie.
 
Rosjanie wycierają buty w cenne płótna (to opowieść z Kamieńca Ząbkowickiego), strzelają do kryształowych luster (wspomnienie z Karpnik), tną w paski dywany, bo nie mieszczą się w samochodach (okolice Kraskowa). Każdy, kto choć trochę interesuje się historią Dolnego Śląska zna setki takich opowieści. Tym bardziej zainteresowała mnie historia, która ma swój ślad w dokumentach, a związana jest z zamkiem Grodno (ciągle wraca do mnie ten zamek). W czerwcu 1947 roku do zamku, przez tylną bramę, miało wejść stu radzieckich żołnierzy, którzy zagrabili znajdujące się tam ciągle zbroje. Informacja ta była prawdopodobnie zmyłką, chodziło o „zwalenie” na Rosjan wcześniejszych, polskich kradzieży z zamku. Mnie jednak zaintrygowało w tej informacji coś zupełnie innego, to, że Rosjanie weszli „przez tylną bramę”.
 
O innych, nieznanych wejściach do Grodna często opowiada się przy piwie. Legenda nabrzmiewa. Bardzo ciekawą informację przekazał mi kilka lat temu Łukasz Kazek, niegdyś pracujący właśnie w Grodnie. Pod koniec lat 30. XX wieku w zamku miały odbywać się obozy niemieckiej młodzieży. W czasie jednej z takich „imprez”, odbywających się o zmierzchu, któryś z chłopców poszedł gdzieś w głąb zamku i zniknął. Znaleziono go po kilku godzinach poza obrębem murów, poturbowanego. Prawdopodobnie gdzieś upadł, może uderzył się, nic więcej nie wiem. Podobno miał wyjść jakimś przejściem, które zostało uznane za niebezpieczne i zamurowane. To wszystko, czego udało mi się dowiedzieć o tej sprawie (no, może nie tak wszystko, ale resztę chcę sobie zostawić do książki). Czy to kolejna legenda o zamku, która świetnie wpisuje się w jego różne tajemnicze dzieje? Zawsze wydawało mi się, że tak. Ale skoro już po wojnie, poważny urząd nie neguje istnienia drugiego wejścia do zamku, to znaczy, że ono istniało. Pytanie tylko gdzie?
 
Być może to, co teraz piszę czyta ktoś, kto w tamtych czasach miał możliwość oglądania zamku i podpowiedziałby, gdzie szukać tego wejścia. Kolejna tajemnica tego niezwykłego i mojego ulubionego zabytku, zostałaby wyjaśniona.

Komentarzy: 3
Skarby zamku Grodno , czyli trochę ze starych gazet

 

Notatka z powojennej gazety do dzisiaj działa na wyobraźnię. Już sam tytuł jest niezły: „Milionowy skarb w grobowcu zaprowadził sołtysa do obozu”. Autor, podpisujący się jedynie literką E pisze o zakończeniu dochodzenia „przeciwko sołtysowi gromady Choina, który w latach 45 – 46 przywłaszczył sobie mienie poniemieckie ukryte przez Niemców w grobowcu cmentarnym w Choinie. W grobowcu tym znajdowało się wiele futer, biżuterii, złota i kuponów materiałowych łącznej wartości 2 milionów złotych”. Sołtysa, który częściowo przyznał się do winy Główna Komisja Specjalna w Warszawie skazała na 2 lata obozu pracy przymusowej.
 
Choina to oczywiście dzisiejsze Zagórze Śląskie nad którym góruje zamek Grodno.
 
Druga informacja gazetowa jest jeszcze ciekawsza, zaś jej autorem jest Stanisław Warzecha, znany przewodnik sudecki. Niestety, nie jestem w stanie podać źródła , w którym znalazł się ten niezwykle ciekawy artykuł, być może sam Autor zechce mi pomóc albo ktoś z Państwa. Oto jego fragment: „Jeden z mniejszych oddziałów Armii Czerwonej pod dowództwem płk. Wiaczesława Iwanowicza Moskwina w pogoni za uciekającymi oddziałami faszystów zatrzymał się w 1945 roku po kapitulacji III Rzeszy w Berlinie w Zagórzu Śląskim”.
 
Żołnierze radzieccy zameldowali swojemu dowódcy o ciekawym odkryciu, mianowicie na strychu dzisiejszego sanatorium „Poranek” znaleźli zakurzone i w nieładzie bezcenne skarby kultury polskiej, pozostawione przed wywiezieniem do Niemiec. (....) Były tam skradzione przez faszystów z różnych miast polskich i tam złożone już bez złoconych ram obrazy, które były dziełami największych polskich malarzy: Jana Matejki, Aleksandra Gierymskiego, Stanisława Lentza, Józefa Brandta, Wojciecha Gersona i wielu, wielu innych.
 
Płk. Moskwin rozkazał podkomendnym sporządzić wielkie paki i skrzynie, aby pomieścić w nich znalezione skarby, a następnie przywieźć je do starannej konserwacji w pracowni konserwatorskiej przy Muzeum w Leningradzie. W lipcu 1946 roku zapakowane dzieła; 163 złoconych ram, pięknie oprawionych w skórę książek, rulony szkiców i rysunków w 213 wielkich pakach na 6 samochodach ciężarowych powędrowały do Leningradu”. W skrzyniach był m.in. „Stańczyk” Jana Matejki i „Wyjazd Jana III Sobieskiego z Wilanowa” Brandta.
 
Obrazy te, powróciły do Polski w latach 50. XX wieku, a trzy kolejne w 1968 roku. W 1956 roku opisał tę historię „Wieczernyj Leningrad”, opowiedział ją również sam Moskwin, kiedy odwiedził po wojnie zamek Grodno. Sprawa jest znana i ciekawa z bardzo wielu względów, teraz jednak skupmy się na samym zamku.
 
W „Słowniku Geografii Turystycznej Sudetów” znajduje się informacja, że skarby polskiej kultury zostały odnalezione w budynku bramnym zamku Grodno. Pan Stanisław Warzecha jako miejsce lokalizacji podaje sanatorium „Poranek”, które mieściło się w pałacu pod zamkiem. Ale to jeszcze nie koniec. Choć ta informacja nie ma potwierdzenia w dokumentach (w przynajmniej w tych, z którymi udało mi zapoznać), zamek Grodno miał być składnicą muzealną konserwatora z Berlina. Witold Kieszkowski odpowiedzialny od lipca 1945 roku za akcję rewindykacyjną twierdził, że zbiory z zamku zostały rozgrabione jeszcze czasie wojny. Pod koniec 1947 roku do zamku przyjechał natomiast referent Kultury i Sztuki wraz ze swoim czeskim odpowiednikiem, którego zadaniem było sprawdzenie, czy nie znajdują się tam dzieła sztuki wywiezione z Pragi. Zaraz po wojnie w Grodnie było jeszcze sporo zabytkowych przedmiotów, które systematycznie się rozpraszały. Ale to już temat na kolejną historię.
 
Podczas ostatniej konferencji w pałacu Jedlinka, o której już pisałam, Robert Kmieć zadał pytanie, na które wielu z nas chciało by poznać odpowiedź: skoro jest tyle opowieści o ukrytych „skarbach”, dlaczego, mimo wielkiego postępu jeśli chodzi o specjalistyczny sprzęt, ciągle ich nie znajdujemy? Zastanawiam się, na przykładzie Grodna, czy przywiezione tam w czasie wojny rzeczy (cokolwiek by to było: dokumenty, dzieła sztuki, depozyty) miałyby szanse przetrwać do dzisiaj i czekać na odkrywców? Los Grodna nie jest odosobniony, wiele zamków i pałaców Dolnego Śląska zostało już dokładnie przetrząśnięte, wiele po prostu okradzione. Pałacowe meble stoją dziś w wielu prywatnych domach, a czasem „przez zasiedzenie” w państwowych instytucjach. Ale, jak już wielokrotnie mówiłam, w takich historiach chodzi o dokumentowanie przeszłości, może więc szukać pewnych śladów należy zupełnie gdzie indziej?
 
1.      Wnętrza zamku Grodno na początku XX wieku,.
2.      Wjazd do zamku.

 

Komentarzy: 0
Z Wolimierza

  

     Tzw. długi, choć wcale nie jest długi, weekend spędzamy w Wolimierzu. Dobrze, że nie uwierzyliśmy w prognozy pogody, bo zamiast włóczyć się po Dolnym Śląsku, siedzielibyśmy w domu czekając na deszcz. Dzisiaj już, co prawda, pada, ale wczoraj słońce dzielnie przebijało się spoza chmur. Zauważyłam coś niezwykłego, przynajmniej dla mnie. Poszliśmy wczoraj na wycieczkę na zamek Czocha, jakieś 10 kilometrów od Wolimierza. Piękna droga, cicha, trochę wioskami, trochę lasem. A pod zamkiem szok. Tłumy ludzi, samochodów, parkingi z trudem mieszczące wszelkie zmechanizowane pojazdy. Tak się zastanawiam, co w nas ludziach jest, że najchętniej odpoczywamy tam, gdzie jest jeszcze więcej ludzi? Tylko podeszliśmy pod zamek, cała nasza ośmiosobowa gruba powiedziała tym tłumom zdecydowanie NIE. I poszliśmy piękną drogą, na której nie było ani żywego ducha. Polecam. Dochodzicie do tamy w Złotnikach Lubańskich, jeszcze w sporym tłoku, a potem wchodzicie na niebieski szlak do zameczku Rajsko, z Rajska przez Zapustę i znowu do tamy. Po drodze mijacie przepiękne stare domy, sady, łąki. Jakiż tam jest totalny spokój, cudo poprostu.Czasem tak sie zastanawiam, po co mi się tłuc po świecie, jak u nas jest naprawdę wszystko.  

Komentarzy: 0
Kolonie w zamku w Płoninie, czyli kto ma zdjęcia?

Przygotowując się do kolejnej książki znowu wróciłam do historii zamku i pałacu w Płoninie na Dolnym Śląsku. Dla mnie to miejsce magiczne, szczególnie średniowieczna wieża zamku Niesytno, z której widać ruiny niemal przylepionego do niej drugiego obiektu. Uwielbiam tam jeździć i zawsze kiedy mogę chociaż na chwilę przystaję w Płoninie.

     Nie czas ani miejsce rozpisywać się o historii tego miejsca, bywało tu i strasznie i krwawo, przez pewien czas mówiono o tym miejscu nawet „Zakątek Strachu”. W czasie II wojny światowej odpoczywali tu lotnicy z Luftwaffe, również i potem zabytek całkiem dzielnie się trzymał. Odbywały się w nim kolonie, należał też przez pewien czas do Lubelskiej Fabryki Samochodów Ciężarowych. W 1984 roku pałac został sprzedany w prywatne ręce.

     Niestety nie remontowany, spłonął 2 lipca 1992 roku, do dziś przy każdej informacji o Płoninie można znaleźć notatkę:  „plotkowano, że było to celowe podpalenie.” Od tamtego czasu nic się w Płoninie nie dzieje, zaginął natomiast portal pałacowy z datą 1545 i kartusz herbowy.  I tak te piękne mury trwały od wieków, znosiły wojny, ataki i zarazy, aż w czasach pokoju po prostu „się spaliły”. Nóż się w kieszeni otwiera – mało tak powiedzieć.

     Napisał do mnie pan, który prowadzi stronę o zamku, bardzo piękną zresztą www.niesytno.pl i zapytał czy może mam jakieś powojenne zdjęcia zamku. Nie mam, ale były tam przecież te kolonie! W pałacu w Jedlince, gdzie również odpoczywały dzieci, udało się nawet zebrać dawnych kolonistów, którzy opowiedzieli sporo o tym, co widzieli w pałacu kilkadziesiąt lat temu. Dzięki ich opowieściom udało się trafić na ślad pewnej tajemnicy związanej z podziemiami (ale o tym, kiedy już  tajemnicę uda się wyjaśnić). Pomyślałam sobie więc, że może ktoś z Was ma takie zdjęcia, może Wasi rodzice byli przed laty na koloniach w Płoninie? A może ktoś chciałby opowiedzieć coś, o czym się nigdy nie mówiło? Przecież historie zamków to nie tylko szaleni rycerze, skarby i średniowiecze, prawda?

     Jeżeli nie udało się uszanować murów Niesytna, może uda się ocalić jego historię? Zresztą spójrzcie na te dwa zdjęcia. Jedno zrobił Krzysztof Góralski w ubiegłym roku, drugie pokazuje cały obiekt w czasach świetności....


 

Komentarzy: 5
Czy naprawdę istnieją duchy?

      Przy świątecznym stole jakoś tak zeszło na duchy. Każdy opowiadał swoją dziwną historię i każdy to robił ze śmiertelną powagą. Czy naprawdę istnieją duchy? Artur Schopenhauer twierdził, że niewiara w pojawianie się duchów to dzisiaj zwykła ignorancja. Sama mam „magiczny” ogląd świata i głęboko wierzę, że to wszystko czego ciągle zmierzyć, albo zrozumieć nie potrafimy, naprawdę istnieje. Wieki temu ludzie nie potrafili przecież wytłumaczyć, spraw dzisiaj oczywistych.

      Z fascynacją słuchałam więc opowieści kolegi o kościele w Bożkowie, gdzie podobno pojawiała się kiedyś postać ubranej na czarno kobiety.

      - Kilkanaście lat temu, pojechałem do Bożkowa z kolegą – wspominał Jacek – Kolega załatwiał jakieś sprawy papierowe u proboszcza, ja chodziłem po kościele. Nagle zobaczyłem panią, która samotnie modliła się w kościele. Po chwili wstała i wyszła dokładnie do tego pomieszczenia, w którym siedział mój kolega. Po kilkunastu minutach też tam poszedłem i zapytałem kolegę, czy widział tę kobietę. On twierdził, że jest sam, tylko z tymi papierami. Zapytałem więc księdza. A ten powiedział: zaraz do tej pani pójdziemy. I pokazał mi tak samo ubraną zmarłą w krypcie.

     Wierzyć, czy nie? Racjonalista się roześmieje, ktoś prychnie, że bzdury, a ktoś będzie słuchał z otwartymi ustami. Ja przyjęłam tę opowieść jak oczywistość. Kolega widział, a co widział opowiedział. A że Bożków ze swoim pięknym pałacem i kościołem są jednym z moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku, tym z większym zainteresowaniem słuchałam. Tajemnice są potrzebne.

    Dokładnie, tajemnice są potrzebne. Dlatego z radością przyjęłam zaproszenie Michała Wójcika, redaktora naczelnego magazynu Focus, żeby sprawdzić, czy duchy rzeczywiście można odnaleźć i zmierzyć. Redakcja zostawiła mi wolną rękę w doborze nawiedzonych obiektów. Zabrałam ich więc w Góry Sowie, gdzie przecież mamy pełen legend zamek Grodno, pałac w Jedlince, w którym właściciele obserwują niezwykłe zjawiska a także pałacyk Kaufmanna w Głuszycy. I ruszyliśmy na poszukiwania. Z Warszawy przyjechała aparatura do badania infradźwięków i magnetometr. Przybyła też pani, która ma podobno dar widzenia więcej. I co się okazało; i w Grodnie i w Jedlince naprawdę dzieją się dziwne rzeczy, ale co pokazał sprzęt (choć jako osoba o magicznych oglądzie, jakoś nie wiedzę, że można sobie ot tak wszystko zmierzyć) napiszemy w lutowym numerze Focusa. A co robiliśmy, możecie podejrzeć na tych kilku zdjęciach Piotrka Kałuży.

    Ja natomiast odnalazłam w Grodnie, przy okazji duchów, kolejną tajemnicę. Łukasz Kazek, opiekun zamku, twierdzi, że w latach 30.XX wieku w zamku organizowane były obozy dla chłopców z Hitlerjugend. Podczas jednego z takich obozów, dwóch chłopców weszło gdzieś do podziemi zamku i nigdy z nich nie wyszli. Podobno było to w tamtych czasach spora afera, wejście do podziemi zostało wkrótce zamurowane.

     W takie historie też nie chce się wierzyć, prawda? Ale sprawdzić je trzeba. Od dawna wiadomo, chociażby z przedwojennych przewodników, a także powojennych opowieści, że zamek Grodno miał dodatkowe pomieszczenia, o których dziś nic nie wiadomo. Wiem, że zamek będzie się przymierzał do ich zbadania i może wtedy tajemnica się wyjaśni. Ale jakoś zawsze najmilsze jest dla mnie ta chwila, kiedy dopiero czeka się na rozwiązanie tajemnicy. Same rozwiązania czasem rozczarowują, prawda? 


 

Komentarzy: 6
Skarby i strachy zamku Grodno

     Ciemność nagle rozrywa huk i błysk piorunów. W studni rozlega się przeraźliwy krzyk, potem złowieszczy śmiech. Nie, nie, to nie początek horroru. To początek zwiedzania zamku Grodno w Zagórzu Śląskim.

     No i doczekałam się. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Anglii wiele lat temu i wrażenie, jakie zrobił na mnie zamek Warwick. Dumna budowla od wieków malowniczo odbija się w Avonie, tym samym, który przepływa przez pobliski Stradford, rodzinne miasto Szekspira. Warwick to dzisiaj jedna z największych atrakcji turystycznych Europy. Zamek bez przerwy tętni życiem.

Na dziedzińcu walczą rycerze, damy szeleszczą sukniami, w Wieży Duchów straszy podstępnie zamordowany sir Fulke Greville, a od kiedy zamek przejął Gabinet Figur Woskowych madame Tussaud, każdy może wziąć udział razem z księciem Warwick w przygotowaniach do wielkiej bitwy. Tego zamku się nie zwiedza, tutaj wsiada się do niewidzialnej machiny czasu i cofa w średniowiecze. Wszędzie mnóstwo „strasznych” dźwięków, w dawnej stajni czuć zapach koni, a w zamkowej latrynie cuchnie, że aż strach. Jeśli kiedykolwiek rzuci Was w te okolice, koniecznie odwiedźcie zamek Warwick.

Herbata się nie opłaca
    Jak mi się wtedy marzyło, żeby podobnie było w Polsce. I w weekend, na zaproszenie Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej pojechaliśmy w Góry Sowie. O tym, co się dzieje w sowiogórskiej eksploracji ( a trochę się zaczyna dziać) i o tym, jak być może, miłośnikom z dwóch, nieco odległych, rejonów Dolnego Śląska uda się współpracować nad pewnym wyjątkowo ciekawym i tajemniczym projektem, jeszcze napiszę, dzisiaj muszę natomiast pochwalić nasze Grodno.

   Uwielbiam zamek Grodno. Jest tajemniczy, skryty jak człowiek, w pewnym sensie niedostępny. Ma niesamowicie bujną historię. Nie miał jednak wiele szczęścia. Jest w złym stanie, odkąd pamiętam, nie można było tam nic zjeść, i raczej były trudności z napiciem się czegoś ciepłego. Przed wielu laty poprosiłam o herbatę i dowiedziałam się, że się nie opłaca robić turystom herbaty. No cóż... Również ekspozycja do końca nie zachęcała do zwiedzania. W zamku zdarzały się kradzieże, nie ma już wspaniałej skrzyni, podobno wyszarpanej przez okno, podczas weekendowego pobytu w zamku nie znalazłam też stołu, który pamiętam sprzed wielu lat. I to jest wkurzające! Ten zamek ma ogromny potencjał, nie musi być martwą naturą.

    Ale, jak wiadomo, najważniejsi są ludzie. Jakiś czas temu zamkiem opiekował się pan Roman Pochrybniak, cudowny gawędziarz, dzięki któremu udało mi się uzyskać wiele archiwalnych zdjęć Grodna do moich książek. Lubiłam wtedy odwiedzać zamek. Teraz, od pewnego czasu, Grodno jest własnością gminy Walim, znajduje się pod opieką dyrektora Wiesława Zalasa, zaś bezpośrednio zabytkiem opiekuje się Łukasz Kazek.  I oto, małymi kroczkami, wszystko zaczęło się zmieniać.


Krzyk z dna studni
      Łukasza znam od dawna i uważam go za jednego z bardziej stukniętych badaczy historii, jakich poznałam. Chyba cały wolny czas Łukasz poświęca na szukanie dokumentów, rozmowy z ludźmi, odkrywanie tajemnic okolicy. Zobaczcie, ileż ciekawostek  kryje się wszędzie. Na jednym ze zdjęć widać ołowiane żołnierzyki. To pruska kawaleria. Łukasz znalazł je koło zamku.

     W ciągu kilku godzin pokazał nam też takie zakątki Walimia, o których nie miałam pojęcia. A na zamku wymyślił atrakcje dźwiękowe. Niby to niewiele, ale jak uatrakcyjnia zwiedzanie. Widziałam szkolną wycieczkę, która przez dziedziniec pewnie przeszłaby nawet nie rozglądając się dookoła. Z tu nagle zagrzmiało, ze studni zaczęły odzywać się tajemnicze potwory. Ileż było radości, oczywiście po pierwszym zaskoczeniu. Atrakcją jest też pewnie wystawa narzędzi tortur, i choć akurat nie przepadam za takimi „atrakcjami” to, co tu dużo mówić, przyciągają zwiedzających. A to i dla zamku i dla gminy jest najważniejsze.
   Już za chwilę w zamku będzie można normalnie zjeść coś ciepłego i z niecierpliwością czekam, na to co będzie się działo dalej.
  Codziennie też pluję sobie w brodę, że wiele lat temu nie kupiłam dokumentów pozbieranych w zamku zaraz po wojnie. Było tam mnóstwo rachunków z zamkowej restauracji (jakoś wtedy miała rację bytu), ręcznie robione mapki, pewnie nic super tajemniczego czy skarbowego, ale uzupełniającego historię tego miejsca. Jeśli osoba, która wtedy oferowała te dokumenty to czyta, może się odezwie?
 

Komentarzy: 2
Weekend w pałacu, czyli drugi raz może się nie zdarzyć

Piszę kolejną książkę o zamkach i w Internecie przeglądam różne zdjęcia. Zupełnie niechcący trafiłam na stronę, na której wystawione są na sprzedaż zamki, dwory i pałace. I patrzę sobie na te moje ukochane, dolnośląskie. I oczom nie wierzę! Mój ukochany pałac, jeden z tych, które naprawdę najbardziej lubię, jest do kupienia. Za... 20 milionów złotych. Plus VAT.

Co prawda dzisiaj kumulacja w Dużym Lotku, ale nawet gdybym zgarnęła wszystko, to i tak już na ten VAT mi nie starczy. A jeszcze remont, bo w pałac jeszcze nie do końca przywrócony do życia. A potem ogrzewanie. I praca nad parkiem. Za wiele się nasłuchałam od właścicieli zabytków, żeby żałować tak do końca. Ale... wcale nie trzeba mieć własnego zamku, żeby się nim cieszyć, prawda? Czasem nawet lepiej nie wiedzieć, co się dzieje za kurtyną. Dlatego chcę Was zachęcić do innego troszeczkę zwiedzania naszych dolnośląskich zamków i pałaców, okazja będzie już za chwilę.

W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa w sobotę i w niedzielę, a także w następny weekend będzie można zwiedzać, ile się da. I to naprawdę wiele niezwykłych miejsc. Wszystkie niezbędne informacje znajdziecie na stronach: http://pik.wroclaw.pl/Europejskie-Dni-Dziedzictwa-2009-c236.html i http://praktycznyprzewodnik.blogspot.com/2009/08/europejskie-dni-dziedzictwa-2009-dolny.html , ja jednak namówię Was na kilka, moim zdaniem, szczególnych wypraw.

Zacznijmy od soboty, 12 września. Godz. 12.00 – Ruiny zamku Bolczów w Rudawach Janowickich. Znacie ten zamek? Przepiękny, bardzo tajemniczy, w XIX wieku każda można zakochana para odwiedzała to miejsce. W tyle nie pozostawali władcy. O Bolczowie krąży mnóstwo legend, mieszkają tu oczywiście duchy. W sobotę zaś, troszkę porzucone ruiny zaludnią się. Tego dnia odbędą się tu pokazy Husyckiej Roty Pieszej, wystąpi średniowieczny teatr, będą śpiewy i muzyka. Do zamku najszybciej wchodzi się z Janowic Wielkich, to niedługi i piękny spacer. Ale warto w okolicy spędzić trochę więcej czasu i obejść jeszcze skałki, zajrzeć w miejsce, gdzie stoi Skalny Most.

Również w sobotę i w niedzielę do 15.00 będzie można zwiedzać pałac w Ciechanowicach i obejrzeć odkryte tam renesansowe malowidła. Jeśli zostaniecie w okolicy na dłużej, koniecznie pojedźcie w niedzielę do Łomnicy na inaugurację historycznej kuźni albo na koncert w antycznej herbaciarni w parku w Bukowcu. A jeśli macie jeszcze więcej czasu to przez cały weekend będzie można zwiedzać bezpłatnie potężny zamek w Kliczkowie, a za tydzień w Bolkowie odbędzie się turniej rycerski.

Do Bolkowa i Adama Łaciuka, kasztelana tego zamku, mam stosunek wyjątkowo ciepły. Adam postanowił pewnego dnia zatańczyć w pełnej zbroi płytowej i niestety zbroja odmówiła posłuszeństwa. Podczas walcowania albo innej figury – drastycznych szczegółów niestety nie znam – naszemu rycerzowi nóżka się omsknęła i efektownie złamała. Cóż, kto powiedział, że życie wojownika jest łatwe? Pewnie rycerze z Bolkowa dadzą chociaż potrzymać miecz i zobaczycie ile to wymaga krzepy!
.
 

Komentarzy: 3
O potrzebie posiadania pałacu

Zaczęło się przedziwnie. Najpierw dotarły do mnie plotki, że pałac w Pieszycach nabyła para „obrzydliwie bogatych” Amerykanów. Ludzie opowiadali, że tajemnicze małżeństwo ma po prostu takie hobby.

Gdzie się nie pojawi, tam kupuje, a to zamek, a to dwór, a to pałac. Mimo że takie informacje zaintrygowałyby każdego, jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby do Pieszyc się wybrać. Znałam co prawda tamtejszy pałac, wielki, barokowy obiekt, nazywany Wersalem Śląska. Nigdy jednak nie byłam w nim w środku. Przez lata stał zamknięty, opuszczony, smutny. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, nawet najbogatszy będzie się „rzucał” na takiego zrujnowanego olbrzyma. Pieszyce naprawdę wymagały sporo pracy. Ale pewnego dnia góra przyszła do Mahometa. Nowi właściciele Wersalu Śląska sami mnie zaprosili do siebie. I muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej niezwykłych wizyt, jakie w życiu udało mi się odbyć.

Ciekawe, czy jest ktoś, kto choć przez chwilę nie chciałby mieszkać w pałacu. Przechadzać się po wielkich komnatach, otwierać szerokie skrzydła drzwi, które prowadzą prosto na słoneczny taras. Ja bym tak chciała. Odkąd zaczęłam pisać książki o tajemnicach Dolnego Śląska, zawsze marzyłam o własnym zameczku, dworku, pałacyku. Aż do momentu, kiedy zaczęłam poznawać właścicieli zabytków, a przy okazji „zabytkowe” kłopoty. Również wizyta w Pieszycach wiele mnie nauczyła. Stróż otworzył wielkie drzwi, a naprzeciw wyszedł pan Stanley Hayduke, Polak, który ponad 40 lat temu wyemigrował do Stanów i wraz z żoną Alicją mieszka na stałe w Las Vegas. Prowadzi tam firmę, która pozwala mu na takie inwestycje jak pałac w Pieszycach. Co prawda, wbrew plotkom, nie skupuje dla kaprysu zabytków, jednak w Pieszyce włożył sporo. I pieniędzy, i życia.

Różnie sobie można wyobrażać pana na pałacu. Niektórzy są zarozumiali, zbyt pewni siebie, choć poznałam i takich, którzy z własnym zabytkiem związali się jak mąż z żoną, na dobre i na złe. Często pozbawieni już pieniędzy, ku zgrozie konserwatorów, wstawiają w zabytkowe okna plastykowe ramy, łazienki wykładają PCV, a na pokojach ustawiają meble z IKEI.

Ale pan Stanley mnie zaskoczył. Co za niepoprawny romantyk! Najpierw jednak o wnętrzach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Setki malowideł, marmury, barwy tak intensywne, że nie wiadomo na czym skupić oczy. Detale pomalowane złotą farbką. Wśród nich łacińskie sentencje, portrety, w tym także pani Alicji Hauyduke. Czemu tak akurat? Ponieważ Stanley wymyślił sobie, że na świecie jest za wiele przemocy, że świat należy czynić lepszym, żyć w zgodzie z samym sobą i nikomu nie robić krzywdy. Dlatego na ścianach nie ma żadnych scen wojennych czy przedstawień strasznych wydarzeń. Domowy jabłecznik pan na pałacu zaserwował osobiście, podobnie kawę. Rozmawialiśmy o ezoteryce, tajemnicach podświadomości i o tym jak osiągnąć wewnętrzny spokój. Niewiele o pieniądzach, wiele o marzeniach. I o kłopotach, jakie wiążą się z pracą w takim olbrzymie.

Nie wiadomo, ile jeszcze potrwa remont pałacu. Ten wielki, barokowy zabytek ma 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Apartament pana Stanleya jest w sumie niewielki (choć pewnie zmieściłoby się w nim kilka kawalerek), choć łazienka została ozdobiona w sposób tak pełen przepychu, że nie przez pierwszą chwilę trudno było mi odnaleźć drogę w tym gąszczu detali. Sam pałac ma ponad 60 pokoi.

Kto ma ochotę, może część wnętrz obejrzeć w galerii na stronie pałacu zamekpieszycki.pl, a te, które pokazuję dzisiaj zrobił Krzysztof Góralski, fotograf, który robi zdjęcia do wszystkich moich książek. Pan Hayduke, chce, żeby malowidła na ścianach uczyły młodzież łagodności, żeby sprawiały, że wszyscy którzy je oglądają coś w sobie są stanie zmienić. Nie wiem, czy mu się uda. Ale spodobał mi się ten pomysł, tak różny od pomysłów urządzania luksusowych spa w starych zamkach. Polubiłam właściciela Pieszyc. Polubiłam jego pomysł. Sama jestem niepoprawną romantyczką, choć staram się stać mocno na ziemi. Lubię bywać w pałacach, choć wiem już jaką pracą u podstaw jest przywracanie ich do świetności.

Właśnie kończę kolejną książkę. Będzie rozszerzoną o wiele obiektów wersją książki „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik, jakiego nie było”. Może jeszcze przed jej drukiem uda mi się od Was dowiedzieć, które zamki i pałace na Dolnym Śląsku lubicie najbardziej? Co myślicie o ich właścicielach?

Komentarzy: 17