iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Szpital, czyli cztery metry sznurka


      Gdyby nie fakt, że w tej chwili chodzi po Polsce pewnie z kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset osób ze sznurkiem w nosie, mogłabym napisać, że biję rekord Guinessa. Przez kilka ostatnich dni też chodziłam z takim sznurkiem, dwa metry w lewej dziurce, dwa metry w prawej dziurce. Wierzyć się  nie chce, że to się w człowieku mieści.

     I nawet się nie wie, że ten sznurek tam tkwi. Dopiero, gdy go zaczynają wyciągać, to każda część ciała się buntuje. Jak powiedział mi wielki jak góra trzydziestolatek, którego spotkałam na szpitalnym korytarzu, przy wyciąganiu sznurka „ciary po plecach przechodzą”. I tak można to określić. 

      Tak mi się zdarzyło, że pierwszy raz w życiu poszłam do szpitala. Duże szczęście w nieszczęściu, bo szpital ładny, nowoczesny, świetnie wyposażony i lekarze mili. Zamiast chodzić sobie po lesie, gadać sobie skarbach, z zapchanym nochalem wylądowałam w Akademickim Szpitalu Klinicznym w moim rodzinnym Wrocławiu i trochę sobie tam poleżałam. Doktory zrobiły mi ciachu machu w narkozie i teraz wszystko mam jak nowe. Przynajmniej takie mam uczucie. Zaraz po powrocie zadzwoniła do mnie pani z „TV Imperium” i zapytała jakie mam słabości. I wtedy sobie tak pomyślałam, że moja największa słabość, a właściwie dwie, objawiły się właśnie w szpitalu. Bo zamiast być przykładną pacjentką, to mi się ciągle wydaje, że jestem w pracy. Zaczepiam salowe i usiłuję dowiedzieć się, kto wymyślił makaron z selerem, pytam lekarzy, po jakiego diabła wybrali sobie taki trudny zawód i teraz babrają się w różnych świństwach, o wszystko muszę się zapytać. Pełen szacunek dla cierpliwości anestezjologa, który usiłował mi opisać co to takiego operacja w znieczuleniu ogólnym.
       - Najpierw dostanie pani taką tabletkę.... – zaczął.
       - Taką ogłupiająco-rozluźniającą? A do czego by ją pan porównał? – zapytałam ciekawsko – Do haszyszu, marihuany, czy do walnięcia młotkiem w tył głowy?
       Cierpliwy ten człowiek, wytłumaczył mi, że choć, oprócz młotka, ze wszystkimi powyższymi specyfikami się zapoznał, porównać tego do niczego nie można.  I, że ten, kto wymyślił tego „głupiego jasia” przed operacją powinien dostać nagrodę Nobla. Tyle tylko, że podobno człowiek się staje po tym za szczery. Wypytując tak wszystkich, być może walczyłam z drugą słabością, z tym, że w szpitalu trzeba się wyciszyć, że nie ma tu miejsca na tajemnicze niespodzianki, nie ma fascynujących przygód ani historycznych zagadek, a lekarzy bardziej obchodzi mój nos niż jakaś Bursztynowa Komnata. Tu się po prostu trzeba wyciszyć i zaakceptować, że inni wiedzą lepiej. Oj, dla mnie to nie było łatwe.

    Więc, kiedy okazało się, że po operacji mam w tym nochalu te cztery metry sznurka, to nagle poczułam, że znów odkrywam jakąś tajemnicę. Że to w człowieku coś takiego może się zmieścić. Taki tamponik bawełniany, co to nie wiesz, że ci go włożyli, a jak wyciągają to masz już pewność.  

     Wiem, wiem, to też pewnie jakaś reakcja obronna, bo szpital jest pełen cierpienia. Z pewnością nie jest dobrym miejscem na żarty. Ale może łatwiej traktować takie miejsca jak przygodę, spróbować ja przeżyć, przecież szpitale też są dla ludzi. Przez chwilę leżała ze mną dziewczyna, u której lekarze zdiagnozowali jakiegoś guza. Ileż ona miała radości w sobie. I pokory. Była sto razy dzielniejsza niż ja. Szpital to szpital, powtarzała.  Tego przez te kilka dni musiałam się nauczyć. I proszę się z tego wpisu nie śmiać. W szpitalu byłam (prywatnie) pierwszy raz  w życiu.
    A ze sznurków tyle dobrego, że naczelny „Focusa” mówi, że teraz będę dopiero miała nosa do skarbów.
 

Komentarzy: 1

Komentarze

2010-11-16 07:05:58 | 83.27.6.* | Nosol
Re: Szpital, czyli cztery metry sznurka [0]
Otolaryngologia na Borowskiej. Sporo złego się o nich nasłyszałam. Aż strach. Ale skoro Ty ich chwalisz to coś
znaczy. Też muszę zrobić porządek z zatokami, bo nurkować nie dają. Idę. skomentuj